Dzięki tobie
Uruchomiłaś kontakt
wewnętrznie odrodzony
i ponownie ruszam w świat
gdy nie wolno odkładać sekundy
A producenci urojeń
niech idą precz potępieni
Dzięki Tobie
zaczynam oddychać
jutrem
Dopóki jestem
Pani J. Góźdź
W tym zwariowanym świecie
spowiadam się tobie
jak kłos ziemi.
Odradzam słowem
i rosnę kojącym ogniem
w chwili współtworzenia.
To jedyna pewność
że życie
nie jest tylko światełkiem,
co rozbłyskuje nocą.
Słowobranie
Powiedz -
czy świt
Czy noc jeszcze.
Jak ptak na dwóch gałęziach
uczę się sztuki złudnego szczęścia
Wchodzę do winnicy uczuć
dla jednego
słodkiego grona
Pszczoły uwijają się
na pogodę myśli
Może będzie dobre
słowobranie
Chwile
Wracam do ciebie
nie wstydząc się tożsamości
Noce obracają się ruchem ręki
i nie pamiętam żadnego snu
Świt obejmuję ramionami
i powtarzam wspólne chwile
jak niewinny żart
Odpłatka
Od wzniosłości
krok do śmieszności
Antidotum rodzi cierpienie
a życie szczepi gałęzie fałszu
- troski
jak loty jaskółek w pośpiechu
i gorzkie słowa
Gdyby człowiek
dobrocią swą
świat tulić zechciał
Czy byłby to grzech
czy modlitwa?
* * * (Możesz mi rozkazać)
Możesz mi rozkazać
co tylko zechcesz
Myśli kłębią się
jak chmury prowadzące burzę
Więc przywróć spokój
mój niepokoju
- ostatni cieniu miłości
Niech ujrzę rozlew
po krańce Twoich zmysłów
Bo
gdy pierwsza miłość
zawiodła w rozkoszach
i nawet jest szczęśliwa
Przyjdź
Tyle jest chwil
uśmiercających tkliwość
ile słów
skręcających się w bólu
Wspomnienie dąży do treści
Przyjdź -
pochyl się
jak nad śpiącym dzieckiem
Przestanę wpatrywać się w przestrzeń
i usnę z zapachem
twojego ciała
* * * (aksamit twojego ciała)
aksamit twojego ciała
jak moją ufnością
jak sen
który oswaja dal
gwiazdy twoich oczu
ponad uśpionym światłem
drżą
jak moje serce
gotowe
na ogromny wstrząs
Wróżba
Ten kielich
nie wróży przyszłości
wylewa się z niego
lęk przed utratą
kruchym gestem
wypiję do dna
i rozbiję żal
na szczęście południa
Razem z sobą
Zatrzymam w dłoniach
własny obraz
uporządkowanego czasu
i zmuszę się
do spojrzenia w człowieka
Zwiedzę nowy świat
nową planetę
fantastyczną w odmienności
zamkniętą w swojej prawdzie
bo razem z sobą
doczekać jutra najciężej
a wówczas usłyszę
cykady majowe
w krainie Szambali
i po białym prześcieradle
Twych uczuć
jak lunatyk
przespaceruję
Bez namysłu
Zorganizowałaś
kurs przyspieszonego
życia
pełnią szczęścia
w stanie zakochania
a ja bez namysłu
zebrałem zauroczenie
i zawiesiłem pod powieką
na bezsenność
Jesteś
Jesteś dla mnie
prostokątem papieru
i wierszem nie napisanym
twoje listy
jak ślady zabrane przez fale
smutek
lotnią oczu
palcami rozrywam koperty
by nie spłoszyć serca
Chwila
Jak Cię zatrzymać
w jantarze uczuć
wyrzeźbić imię w kamieniu
rdzą
Ale mój dom -
schorowany leży
jak potrzaskany posąg
A ty
wyrosłaś
tysiącem schodów
aż trudno
dotrzeć
Świtem
Ranek zbudził mnie
niecierpliwością wspomnień
ciepłem snu po Tobie
Twarz myję rosą myśli
niepowtarzalnej istoty
doskonałej
w punkcie wyjścia
Już czas
w promieniach uczuć
rzucić cień
naszego jestestwa
Są myśli i ślady
Nie wszystko da się
powiedzieć
Są myśli
które rozpinają
zdrętwiałe skrzydła
i odgadują niebo
Są ślady ciał na posłaniu
nie zdradzone w spowiedzi
światłem wypieszczony
zamknę je w sercu
jak tajemnice
zbiegłych dni
Bym Zapłakał
Dziwnie
nudno
choć świty te same
dni słoneczne nie cieszą
świat jest obcy
Na skraj losu wybiegłaś
miłości nowa
więc wbij strzałę
w serce
bym zapłakał szczęśliwy
Wtedy Spłonę
Moje pragnienia
drżą
wśród głodnych zmysłów
Czekam na gest
Wtedy
ułożę cię z ziaren piasku
z wiośnianych liści
z galerii zdarzeń
Zawołam Cię po imieniu
A kiedy przyjdziesz -
Spłonę w splotach twoich ramion
jak biała gotycka świeca
Chcę
Bez względu na porę dnia
chciałbym cię zobaczyć
Ból rzuciłem na kolana
w tamten marcowy dzień
i ten czerwcowy
zdyszany
Twoim ciałem
w meandrach czasu
z wiernością psa
wypatruję Ciebie
Może przyjdziesz
na chwilę -
Chcę rysować
Chcę rysować
Twój portret
by uwiecznić
zachwyt i ból
Przeżyte chwile zatrzymać
i Twoją dłoń delikatną
wędrującą po torsie
I usta na szyi
Twoich kroków szept
w ciszy słowa
i drżenie ciała -
róży
zrzucającej cierń
Wołam
Wołam
Twoje ramiona
jak oddech
ciepłe
Wołam
jak dzwon z obolałym sercem
jak gwiazda przycupnięta pod niebem
Czekam na kochane ręce
Więc wszystkie paznokcie
wbij wściekle
Niech wiem
że żyjesz -
że jesteś we mnie
Ty i ja
Z jakiego snu się obudzić
by przywołać ciebie
Z jakiej tkliwości
by róża rzuciła cień?
bałaś się
a ja nie zdążyłem
przejść przez czarodziejski las
Wrosnąć w Ciebie
jak dar myśli proroczej
Wymknęłaś mi się
Ja samotny
Ty odległa
jak noc
w bezsennym żalu
Oboje
tylko tobie
Płyniemy pod prąd
między różnymi brzegami
Oddalamy się i zbliżamy
- być może stało się to wszystko
Pozostała ucieczka
i chwila uśpienia
Moja miłość
przy Twoim rozsądku
wydaje się słonecznikiem
przy słońcu
Ale przecież strach
nie może zabić miłości
* * * (W bezpiecznej rodzinie)
córce Ewie
W bezpiecznej rodzinie
przyczepiony jak mrówka
do drzewa
patrzę z ukrycia
I często zapominam
że jest
szara codzienność
Czas obmywa rany
A miłość
łzy moje
spłukuje
Chciałbym
Długo dopełniasz
dzban czekania
choć wiesz
że ucho jest kruche
Czas mija ciszą
i trudno
odejść od siebie
w nocnej niecierpliwości
A tak chciałbym przysiąść
miłością
twoich warg
* * * (Nie będę zrywał)
Nie będę zrywał
kartek minionych dni
Wiosna nagrzeszyła barwami
A ja łagodną ciszą
liżę rany
wargami jelenia
Tymczasem miłość czysta
maciejką
wtuliła się
w polny kamień
Będziemy
Twoje słońce
ma kreatywne promienie
wśliznę się
łykiem filozofii
nie zauważony
Odpromienię je
i będę trwał
korzeniami dębu
aż zrośnięci w jedno
będziemy księżycem
wspólnych nocy
Modlitwa
Panie
znudzony paplaniną
krzyczę
tyś żyć rozkazał
Więc przyjm
żal serca
który dyszy niecierpliwie
posłuchaj mojego głosu
nim skropli się w ciemność
Panie
posłuchaj mojego głosu
nim skropli się w ciemność
Czy pamiętasz
żonie
Wymieniamy spłowiałe spojrzenia
zamieniamy kilka słów
i rozchodzimy się
do swoich
intymnych światów
Nuda jak
przyczajony wiatr
przygląda się
z każdego kata
Ale czy pamiętasz
szum jeziora
i najpiękniejszą symfonie rybitw
Wtedy było łatwiej żyć
Nie zabronisz
I tak nie zabronisz kochać
Moja miłość galopuje
na szczyt
jak echo nieuchwytne
Chwilami dyszy w lęku
i wtedy kiełkuje we mnie
zwątpienie
Ale i tak nie zabronisz mi kochać
Przecież miłość
przeczuwa granice życia
Nadzieja
Jestem polem
które możesz uprawiać
oczyma i rękoma
Wieje wiatr
a ty chcesz
ujarzmić czas
przepływem krwi pod skórą
I kiedy Cię żegnam
nadzieja
pozostaje nie tknięta
odkąd wiem
ze mnie potrzebujesz
Krzycz
Jesteś jak spłoszona mysz
jak łasica czująca krew
I - przestrach
- pościg i myśl
o zatrzaśniętym Raju
Więc odważ się
i krzycz
Bądź echem nadchodzących dni
aż pomarszczy się kora
Tak będzie najprawdziwiej
a miłość
wypełni luki w krajobrazie
|