Wrześniowa kokarda

W krzyk, w płacz
W obudzony lęk
W nieodparty strach
W łkający szloch
Wpięto twoje kokardy.
Tamten czas, odmierzany dniem.
Rozrywany na godziny
Minuty, chwile, umierał.
Pola, drogi, lasy, miasta, łąki
Zamienił w mogiłę dnia.
Przechodnie innych dat
Odmiennych światów
Mijają twój kalendarz.
Nie słyszą, nie widzą
Skrwawionej białej kokardy.
Zatrzymałaś w sobie
Pierwszy dzień września
Padające bomby, w nową szkołę.

Korczakowi

Wyprowadziłeś różyczki
na spacer.

Wyjechałeś na wieś
Wszystkie ufne
W słowo bez bólu.
Nie mogłeś inaczej
Nie umiałeś zostawić
Króla Maciusia Pierwszego
By istniał sam.

Maciusie małe
By walczyć, zrozumieć
Duszność cyklonu.

Twoje Ja
Było a nimi
W łaźni śmierci.

Napad

Pogodna księżycowa noc
Letnia, ostatnia, sierpniowa.
Wstał świt
Wychodził z oparów
Znad wody, pełzał lasem
Zatrzymany salwami pancernika
Zapalił Westerplatte ostrzałem
W chmurach dymu obudził dzień.

Żółto pomarańczowe ognie
Żelazo, stal, beton, drzewa, ziemia
Wirują unoszone w powietrzu.
Tańcząc powracają, płoną.
Zbite ciemno bure obłoki
Wyrywają płuca duszą, gryzą.
W huku pękających bomb spadają
Lawina płomieni w piekło.

Z komunikatorów naczelnego Wodza: -
"Nieustraszone lwy Westerplatte bronią się
Cześć bohaterom Westerplatte!".

Od Poczty nad Bzurę

Nieważne pakty, konwencje, układy.
Wybili w ścianie dziurę
Do polskich pocztowych znaczków.
Zasadzką nie podejdą
W drzwiach, oknach barykady.
O godność i honor pieczęci pocztowej
Gdańskiem targnęły wystrzały,
W sprawie narodowej giną listonosze.

Płaczą kutnowskie błonia
Śmierć żniwo bierze na bagnety.
Stalowym pancerzem pierś na koniach.
W ataku pika, szabla w szabla w dłoni.
Mazowiecka ziemo
Ojcowizno słodka
Przyjmiesz z bitwy nad Bzurą
ORŁY PRZODEM RANIONE.

Oblężona

Uwaga, uwaga m koma pięć przeszedł
Syreny wycie długie przenikliwe
Ogłaszam alarm w stanie oblężenia.

Trzask drzwi ktoś biegnie
Tupot nóg na schodach.

Płacz dziecka, krzyk kobiet.
Wyjący świst, grom huku.
Oderwał tynk, rozsypał szkło
Wyrwał uliczny bruk.

To obok drżą usta
To nie tu to opodal.
Wargami odmawiane pacierze
Ręce modlitwą.
Dorożki puste dyszle
Bieguny poszły na mięso
Pić, pić wodo w Wiśle
B e z c i e b i e c i ę ż k o.

Pod but na zdeptanie

Podwórko, piwnica szpitalem
Przytułkiem garść bandaży
Leżąc ranny korytarz
Czekał pomocy krzyża.
Gorączka szept powtarzania
Jęk bólu, liczone naloty
3, 5, 9, 7, 1 w dzień
w nocy warkot silników
czy przyjdzie - nie wiem.

Matko grzebałaś synów,
Siostro i brata pochowaj
Niejeden bez wieści zaginął
Walczył by nie poddać.

Pod but na zdeptanie
Ranny pełzając kąsał
Gołymi piszczelami dusił
Zostało bezbronne konanie.

Niewolnictwo

Proklamowano Generalna Gubernię.
Bezpowrotnie skończono z Wersalem.
Szczekaczki, godzinówki
Rewizje, mrok pęt niewoli
Rozwiano wszelkie nadzieje.

Szukanie bliskich znajomych
Szpalty nazwisk w listach czerwieni.

Nie wolno ludziom żyć
Masowa wywózka na roboty.

Niewolnictwo XX wieku.
Upodlanie, katorga
Niepewność godzin, jutra.
Noc obudzona w Wawrze
Aleja Szucha Pawiak.
Ostatnia przechadzka pod ścianę
Słowa wolności zamilkły
USTA GIPSOWANE.

Okupacja

Na murach znaki napisy
Kotwica Polska Walczy
Pawiak Pomścimy.
Głowy mieli zakryte
W torby papierowe,
Takie zwyczajne pakowe,
Koszule do bram niebios.

I padł ścięty białej róży kwiat.
Bruk był cieply nieznajomy
A tak bardzo bliski
Dziwnie slodki jakiś lepki
Nieobmyty świeży śliski.

Świętość rynsztoków
Piła niewinną krew
Twarz silna zamknięta
Strzałem przerwano
Niech żyje Pol...

Tramwaj stoi na Szucha
Katownia nie ma torów
Tylko siedzenia straceń
Do zbiorowego mordu
Bili dla zasady
Kaźnia w wyszukanych torturach
Nierzadko w wyniku zdrady
Krwawe łzy zastygały na murach.

Terror

Wydarte pukle włosów
Nie gasnące oczy
Wychudłe piszczele nóg Na nitkach rak zawieszone dłonie
Batem, bykowcem wysmagane ciało
Pragnieniem wypalone wargi
Porwane strzępy okrycia
Wolę istnienia dziewiętnastu lat
Na Pawiaku
Zakończono pętlą
Na stacjach, rampach selekcja zagłady
Bydlęce wagony z wapnem
Gross - Rosen, Oświęcim,
Brzezinka, Majdanek
Stutthoff, Ravensbrueck, Dachau
Bezpowrotnie nieznane.

Za Ciebie pójdę do Pana

Za Ciebie pójdę do Pana
Wystąpił z pasiastego szeregu
Dołączyć do dziesięciu wybranych
W selekcji wieczornego apelu
Za Franciszka syna Jana
Do celi śmierci skazanych
Postać niepozorna, znana
Kieruje wzrok ku niebu -

O! Niepokalana
Męczarnie, suche łzy
Pomoc innym modlitwą
Spokój, powaga cierpienie
Głodowym czasie konania
W bunkrze nie umarłeś
Dzień czternasty sierpnia
Śmierć zostawała wolnością
Rycerza Niepokalanej
N U M E R 16670

Zdarzenie w Auschwitz

Zabrakło gazu
Miejsca w kominie: -
"Niech pan nie spudłuje",
powiedział do kata
czystym germańskim językiem
trzymając żonę za rękę: -

"Jestem niemieckim Żydem
od kilkunastu wieków
żona nie znosi bólu
strzelaj celnie
nie spudłuj człowieku".

Strzał.
Padli obok siebie
Ułożeni w stosy
Dymem idą ku niebu.

Prześladowanie

Zamknięto szkolne ławy
Książki, polskie litery
Pochodnią na stosie.
Nauce, wiedzy szafot
Kula, dym, druty
Pod groźbą istnienia
Komplety kuźnia.

Drzewa wyrosły lasem szubienic
Terror, zastraszenie, prześladowania.
Pętle zawisły na balkonach
Latarniach, bramach.
Tam pod ambasadą na Piusa
Nikomu życie nie zbrzydło
Biegł w kierunku Marszałkowskiej
Szesnaście lat, niebieskie oczy, blondynek.
Złapany pod mur, strzał
Ciało chłopca zastygło.
Nie będą skrzypki grały
Jednego szpicla mniej
Na Hożej padły strzały
Z ciała wypełzł jęk zdrady

Ostateczne rozwiązanie

Kolorowe zabawki wydarto
Z małych bezradnych dłoni
Najmniejsze sznurowane buciki
Sandałki, pantofelki z pomponem
Rzucano jedne do drugich
Na hałdy w stosy.

Wąskie drobne skrzydła
Czarnych, złotych, rudych aniołków
Wyrastały w górę do nieba
Bose dziecinne ślady
Światło ciemności
Bezbronnych zagubionych istnień.
Biesiadne szaty marnotrawnych
Pachniały cyklonem.
Długie druty
Wysokie kominy
Dym, gaz, dym
Dla małych istnień
Dla dużych spraw
Największych uczuć
Została biologia niszczenia.
Umarłego sumienia nie budzi się
milczeniem.