|

Pożarek :: gazetka studentów SGSP
"Pożarek" numer 4
Po obozie kandydackim
Chwila wspomnień
Pozytywne zaliczenie egzaminów wstępnych, badania zdrowotne i psychologiczne - to nie wszystko, aby zostać strażakiem - podchorążym. Prawdziwy chrzest bojowy odbywa się w bazie szkoleniowej Zamczysko Nowe. Na zawsze utrwalają się wspomnienia pierwszych alarmów, służb, hartowania organizmu.
"-Pobudka. Przygotowania do zaprawy porannej!"- rozbrzmiewało każdego ranka. Gdy wstając
w pośpiechu próbowałem wbić się w ubranie sportowe, potocznie zwane dresem, przyszło mi do głowy pewne mądre przysłowie: ,,Bez pracy nie ma kołaczy". Nękany chwilami słabości, ciągle wypatrywałem tych swoich kołaczy... Kolejny dzień jednak zamiast kołaczami rozpoczynał się znów zaprawą... Cóż, o kondycję przecież dbać trzeba, a czemuż nie robić tego właśnie wtedy, gdy organizm znajduje się jeszcze pod wpływem szkodliwego wpływu odpoczynku, grożącego wystąpieniem odleżyn. O tym, że owe leżenie jest bardzo szkodliwe, dowiedzieliśmy się już na początku Zamczyska, kiedy to każdy przypadek samozapomnienia był karany, a może lepiej, nagradzany sesją poprawiającą kandydacką kondycję. Mogliśmy być zatem zupełnie spokojni
o swój rozwój, bowiem nie musieliśmy tracić czasu, ani energii na wymyślanie sobie zestawów ćwiczeń, doskonalących naszą tężyznę fizyczną. Nasi funkcyjni, ku ogromnej radości wszystkich kandydatów, wypelniali doskonale zadanie. A robili to tak efektywnie, że
z kandydata, który z początku po porannej zaprawie nie był w stanie wydać z siebie nic poza oznaczającym wyeksploatowanie jękiem, wyrósł kandydat-heros, którego nie potrafił złamać nawet pędzący przed nim super-górski rower terenowy, prowadzony przez przepełnionego dumą funkcyjnego.
A że przepełniała ona serca naszych przełożonych, nie było żadnych wątpliwości. Bowiem w trosce o nasz dalszy rozwój, wymyślano coraz to nowe sposoby na uczynienie nas godnymi noszenia strażackiego munduru.
O ogromnej żądzy zdobycia tegoż munduru ze skromnej strony nas kandydatów, świadczyły liczne przykłady
z Zamczyska. Pragnienie to stawiali na forum najbardziej utalentowani pod kątem przedstawiania rzeczywistości
w sposób ironiczny, ale zarazem jak najbardziej prawdziwy, nasi koledzy
z kabaretu. Nie wypada w tym miejscu nie oddać głębokiego ukłonu w ich kierunku, bowiem wystąpienia przyprawiały o drżenie (oczywiście ze śmiechu, nie ze strachu czy zdenerwowania) nawet kadrę oficerską. W czasie spektakli każdy z nas wręcz wył
z radości, obserwując, jak przynajmniej niektórzy z nas mogą zachowywać się niczym oficerowie. Niestety na razie tylko na scenie...
Każdy czytający ten tekst, kto osiągnął wyższy lub niższy szczebel w strażackiej karierze z pewnością wspomina z wielkim sentymentem
czasy swojej kandydatki, kiedy to dopiero uświadomił sobie, czym tak naprawdę jest szczęście...
Nasi funkcyjni, będący ludźmi wielkiego serca, próbowali nam urozmaicić czas, wprowadzając do kandydackich kalendarzyków nowe rodzaje świąt. Chcąc nie chcąc, każdy z nas oddawał się obrzędom, jakie one narzucały. Niektóre były jednak niezwykle trudne do przestrzegania, bowiem wymagały niezwykłej koncentracji oraz przełamania barier. W ,,Dzień kota Jinxa" (czyt. dżinksa) każdorazowe rozpoczęcie czynności służbowych miało być poprzedzane pozycją atakującego kota. Zasady były jednak surowe, zabraniały bowiem wydawania
z siebie jakichkolwiek dźwięków. Ciężko było powstrzymać się od ryku żądnego krwi tygrysa. Tymczasem przypominaliśmy raczej małe prychające kotki. Nikt z nas nie zapomni z pewnością również "Dnia Emila Zatopka", kiedy to na jego cześć zamiast chodzić - biegaliśmy. Tu jak zwykle funkcyjni troszcząc się o nasze zdrowie, próbowali poprawić kondycję, tak potrzebną przecież w ciężkiej pracy strażaka. Oprócz tego nie zapomniano także
o szlifowaniu koordynacji ruchowej. W jej dopracowaniu pomogły nam obrzędy wykonywane w ,,Dniu Claudii Shiffer", kiedy to mieliśmy naśladować modelki, chodzące po wybiegu. Ostatecznie dyskutowałbym o skuteczności takiego treningu, ale faktem jest
iż niektórzy (lub lepiej: niektóre) technikę opanowali do perfekcji.
Jednym z niezwykle ciekawych etapów dnia codziennego były dla każdego kandydata popołudniowe zajęcia wychowawczo-kulturalne.
W związku z nimi każdego z nas wyposażono w łopatę, grabie, ewentualnie inny przyrząd niezbędny
w uczestnictwie w tych jakże ciekawych zajęciach. Następnie po szczegółowych instrukcjach, każdy przystępował do samoedukacji, oczywiście pod bacznym okiem wielce życzliwych funkcyjnych.Nie ulega wątpliwości,
iż korzyści wychowawczo-kulturalne, jakie wynosił kandydat z różnego rodzaju pracy były niezmierzone. Podobnie jak inne metody wychowawcze, typu polowanie na kreta w ubraniu żaroodpornym, wygładzanie powierzchni boiska za pomocą walca, czy łapanie motyli za pomocą przyrządu będącego kombinacją torebki foliowej
i badyla.
Każdy obecny oficer lub podchorąży przyzna bezsprzecznie, iż Zamczysko było niezastąpioną szkołą życia
w ekstremalnych warunkach (pamiętacie zawody na ześlizgach i gorące kąpiele?). Nie sposób będzie zapomnieć, ile potu zostawiło się w Puszczy Kampinoskiej (może w przyszłości odkryte zostaną tam złoża soli?).(godles)
Fot. Adam Krysiuk
|