|

Pożarek :: gazetka studentów SGSP
"Pożarek" numer 4
Bitwa pod Grunwaldem XXI wieku...
Któż z nas nie oglądał takich filmów jak "Star Wars", "Blade" czy "Brave Heart" i zwykle pragnął
wcielić się w rolę jednego z bohaterów. Wspaniałe sceny walki w "Walecznym Sercu" powodowały, iż wychodząc z kina człowiek
miał tyle energii, że mógłby góry przenosić. Chęć zostania rycerzem, wojownikiem potęgowały dodatkowo gry komputerowe...
Wówczas taki ludek, z przekonaniem, iż jest dobrym materiałem na woja, szedł na spotkanie bractwa
rycerskiego i ochoczo wstępował w jego szeregi. Wraz z pierwszym treningiem, spotykał go nie lada zawód... ciężkie treningi, kłopoty we władaniu bronią, drogi sprzęt ( ja na swój wywaliłem około 2500 zł).
No, ale w końcu udało się zebrać wszystko do kupy i bach pierwszy wyjazd na poważną imprezę - Bitwę pod Grunwaldem....
Pojechałem na bitwę... całkowicie w ciemno. Nie wiedziałem, co trzeba ze sobą mieć itp. Po za tym
pojechałem sam... Na plecach cholernie ciężki plecak. Tak na marginesie sama kolczuga waży 18 kg a co z hełmem, czepcem
kolczym, tarczą, mieczami no i nieszczęsnym namiotem.... Dojazd do Ostródy, stamtąd autobus do wioski Grunwald. Wszystko
ładnie pięknie, tylko bitwa była pod Gruunwaldem, czyli musiałem z tymi tobołami drałować ok. 2 kilosow na pole bitwy.
Zajęło mi to ok. półtorej godziny i tak na końcu podrzucił mnie miejscowy chłop bryczką. No, ale powiedzmy, że miałem sporo
siły woli i jakoś udało się... Doszedłem do jednego z obozów i zacząłem rozstawiać namiot.
Szybko zostałem stamtąd wyrzucony, gdyż po pierwsze była to choragiew zbrojnej Litwy, a po drugie nie pasowałem do nich
uzbrojeniem (Dla mnie było to całkowicie śmieszne gdyż w 2000 roku właśnie ta choragiew była najbardziej opancerzonym
oddziałem na bitwie. Pomyślcie jak to wygląda, kiedy w role chłopów z widłami wciela się 200 osób w pełnych płytówkach....)
Przez około 2 kolejne godziny szukałem organizatorów imprezy, którzy w końcu przydzielili mnie do choragwi krakowskiej...
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to za choragiew no, ale...
Nasz obóz był cały ogrodzony ( wyglądał jak małe Gniezno, tylko bez fosy) i cały czas były pełnione
warty przy jego bramie. Pytałem się naszego dowódcy, po co takie ostrożności, lecz on odpowiadał ze śmiechem, że w nocy
mogą wpaść do nas Krzyżacy i zabrać naszą chorągiew, więc trzeba się pilnować. Wydawało się to mi bezsensowne, lecz już
tego samego dnia przekonałem się, że jestem w błędzie.
Otóż nasz obóz nazwany był koedukacyjnym. Namiot Wielkiego Mistrza znajdował się na przeciwko Namiotu Króla Jagiełły. Obok
chorągwi polskiej zawisła choragiew krzyżacka. Zamieszanie było takie, że do końca nie wiedziałem, po której stronie wystąpię
w bitwie.
Życie w obozie przebiegało spokojnie. Rano "wypoczynek", a wieczorem "walka". I tak było od
poniedziałku 8.07.02, kiedy to przyjechałem, aż do piątku. Jednocześnie załapywałem się na treningi za obozowiskiem, w
których to nie dawałem sobie zbytnio rady. Polegały one na tym, iż wychodziło naprzeciw siebie dwóch ludków
w pełnym uzbrojeniu, dzierżąc kołki od siekiery. Zadaniem jest zadać przeciwnikowi dziesięć czystych ciosów, zanim on zrobi
to pierwszy.
DZIEŃ PRZED BITWĄ, czyli w tegorocznym przypadku był to 12.07.02, jest dniem zakazu spożywania
alkoholu. Złamanie przepisu wykluczało delikwenta z bitwy względy bezpieczeństwa, no, ale na pewno nie podciągnąłbym tego
pod BHP. Tego dnia zawsze zjeżdżają się niedobitki z Polski i goście zagraniczni, czyli: Białorusini, Litwini, Czesi,
Słowacy, Niemcy Włosi i paru Skandynawów.
Około godziny 12 zaplanowane były obowiązkowe manewry wszystkich wojsk biorących udział
w bitwie. Przedstawiany był scenariusz bitwy, poszczególne ruchy chorągwi, kto kogo atakuje... Oczywiście robione jest to po
to, aby widowisko, które jest jak najbardziej przedsięwzięciem komercyjnym, nie wyglądało jak jedna wielka młócka, gdzie 2
tys. ludzi naparza się...
Mojej chorągwi przypadł zaszczyt brania udziału w najważniejszych epizodach bitwy, tj. atak na chorągiew Wielkiego Mistrza
oraz na niego. Dzień przed bitwą Białorusini urządzają trening zwany "Bogurtem", co w ich języku znaczy "trening bojowy"
(ja bym to nazwał po prostu wyrzyną).
Każdy śmiałek, który chce bronić dobrego imienia polskich rycerzy staje do walki z templariuszami.
Śmiałek w tym przypadku można równie dobrze zastąpić słowem SZALENIEC, albo WARIAT. Dlaczego tak piszę? Ponieważ nasi
szacowni sąsiedzi nie znają słowa "litość". Z nimi się walczy, albo do utraty tchu, albo przytomności, albo do momentu
połamania ręki czy nogi. (Tak na marginesie to za rok też biorę w tym udział).
...Pozwolicie ze fenomenem Białorusinów zajmę się w następnym numerze "Pożarka"...
Opis jednej z takich walk wygląda następująco:
Krótka wymiana ciosów, sparowywanych na tarcze, po czym następuje tzw. bliski kontakt. Wtedy już broń ci nie jest potrzebna,
chyba, że chcesz (jak to było w tym przypadku) okładać trzon-iem miecza po twarzy przeciwnika. Dalszy ciąg starcia wyglądał
tak, iż Białorusin okładał tarczą i kopał leżą-cego Polaka, po czym Polak zreważnował mu się tym samym. Tylko że templariusz
przy ostatnim z ataków strącił hełm, a ostrze miecza naszego rycerza minęło o milimetry skroń przeciwnika.
Walkę przerwali pozostali Białorusini, którzy wpadli zwartym szykiem w ciesząca się publiczność i zebranych tam wojów.
Doszło do ostrych przepychanek i wyzwisk, lecz sytuacja została jakoś opanowana. Na koniec Templariusze podziękowali naszym
rycerzom za trening odwracając się do nich plecami, co dla woja jest nie lada zniewagą.
Zachowanie takie mój dowódca skwitował następująco: " Lepiej siedźmy dzisiaj w obozie i nie wychylajmy się
z niego, bo coś czuję, że dzisiaj będą wioski palone i gwałcone kobiety", Lecz na szczęście do tego nie doszło.
DZIEŃ BITWY jest najbardziej zwariowanym dniem. Od samego rana przegląd sprzętu, po sto razy sprawdzanie czy
wszystko pasuje, czy nic nigdzie nie uwiera, itp. jest to również dzień, w którym zjeżdżają się wszyscy turyści, a warto
jest wspomnieć, iż na tegorocznej rekonstrukcji bitwy było ok. 70 tys. osób, w tym ok. półtora do dwóch tys. rycerzy.
Równo o 12 00 wszystkie wojska wymaszerowały na plac boju. W pełnym słońcu człowiek traci ok. 5 kg pocąc się pod ciężarem
zbroi. W moim przypadku waży ona ok. 25 kg., Dlatego każdy wlewał w siebie wodę aż do przesady, aby tylko nie paść z
odwodnienia.
Kiedy wszystkie wojska dotrą na plac bitwy zaczyna się inscenizacja...
Tradycji staje się zadość i bitwę rozpoczynają posłowie od Wielkiego Mistrza... przynosząc sławne
dwa nagie miecze. Powiem wam szczerze, że tak na prawdę nie widziałem tego fragmentu inscenizacji.
Czas do momentu rozpoczęcia potyczki poświęcałem na medytacje i wewnętrzne wyciszenie się. Jest to bardzo ważne, gdyż moment
dekoncentracji i po tobie. Muszę przy okazji powiedzieć, iż sama czysta walka nie jest układana. Potyczki między rycerzami
są prawdziwe i nikt nie ma zamiaru brać jeńców. To walka na być albo nie być. Najlepszym tego dowodem jest pewien Włoch,
który nie za dobrze posiadł sztukę obrony i dostał cios w szyję, czego następstwem był całkowity paraliż. Został zabrany do
szpitala helikopterem, lecz, jak się później okazało, miał szczęście gdyż lekarze zdążyli go uratować. W przeciwnym przypadku
zostałby kaleką do końca życia.
Wracając do bitwy... każdy z dowód-ców chorągwi posiadał przy sobie przenośną radiostację, aby w razie, czego mógł korygować ruchy wojsk albo wzywać pomocy.
Rozkaz do wymarszu został wydany... Założenie było takie, iż uderzamy na chorągiew sztumską,
a potem wycofujemy się i z zaskoczenia uderzamy na chorągiew Wielkiego Mistrza. A w praktyce... No cóż nasz 30 osobowy
pododdział skierował się na przeciwnika. Dzieliła nas odległość około 80 metrów a z takiej można było oszacować, że
przeciwnicy mają w swoich szrankach około 100 do 150 rycerzy. Szanse były marne, ale adrenalina tak wzrosła, iż nikt nie
zauważył różnicy. W odległości około 20 metrów został wydany rozkaz "klin", po czym każdy pełnym pędem rzucił się na Sztum.
Efekt był zdumiewający. Biegnąc na prawym skrzydle formacji wbiłem się w przeciwników na głębokość 3 rzędu, przez co cały
nasz oddział znalazł się wewnątrz i na tyłach wroga. Krzyżacy byli wszędzie. Zewsząd spadały ciosy, przez co, jak było
zamierzone, zaczęliśmy się wycofywać. Nasi ludzie, którzy znaleźli się na tyłach wrogiego wojska skutecznie spychali ich w
naszą stronę. Zamieszanie ogromne. Nie wiadomo, od kogo dostajesz i kogo bijesz. Rozkaz od dowódcy na wycofanie się był w
tak nieodpowiednim momencie, że cała nasza chorągiew poszła w rozsypkę, gdyż z pomocą przyszedł nam inny pododdział. Po
dobrych pięciu minutach staliśmy na wyznaczonej pozycji i czekaliśmy na nadejście chorągwi Wielkiego Mistrza. Przeprowadzony
przez nich atak był na tyle skuteczny, iż zdołali nam odebrać chorągiew (element inscenizacji), lecz szybko zreflektowaliśmy
się i odzyskaliśmy "zgubę".
Wtedy to nadjechał Wielki Mistrz ze swoją osobistą obstawą i dołączył do walki. Jednak nas było
więcej, przez co zdołaliśmy okrążyć Urlicha wraz z jego pododdziałem. Zaczęły się walki jeden na jeden i powoli Krzyżacy
zaczęli się wykruszać. W końcu pierścień na tyle zacieśnił się, że nasz dowódca był w stanie sięgnąć Mistrza i zadać mu
ostateczny cios.
Ale to nie był jeszcze koniec. Część naszego oddziału została osłaniać ciało Jungingena, a ja z resztą popędziłem na odsiecz
naszym wojskom, które szturmowały tabory bronione przez niedobitki Krzyżaków.
Na sam koniec ciało Wielkiego Mistrza zostało przeniesione przed oblicze Króla Jagiełły i nakryte wszystkimi chorągwiami
zdobytymi w bitwie. Ogółem po oględzinach w obozie okazało się, iż w wyniku bitwy na moich przedramieniach pojawiło się
parę siniaków, no i parę wgnieceń w hełmie, lecz kiedy to wszystko miało miejsce i od kogo nie jestem w stanie powiedzieć.
Całą imprezę kończyła wielka uczta, na której potrzeby zakupionych zostało ok. 10 pieczonych świniaków masę wędlin, pieczywa
no i oczywiście dużo najszlachetniejszych trunków, czyli piwa i miodu pitnego.
Tekst i fot.(tomal)
|